Jurajski Klub Wysokogórski nierozerwalnie związany jest z historią życia wspinaczkowego Danuty i Zbigniewa Wachów. Oboje zafascynowani górami, na jednej linie przeżyli bardzo wiele. Razem i osobno pokonywali dużo trudnych dróg w Tatrach, Alpach, Himalajach i innych górach.  Oboje są wspaniałymi ludźmi, otwartymi, pomocnymi, pełnymi empatii.  Są wychowawcami i nauczycielami wielu młodych (i już nie tylko młodych ) wspinaczy.

         U Duśki i Zbyszka często odbywały  się spotkania wspinaczkowych przyjaciół znających się ze wspinów zwłaszcza na zimowych drogach w rejonie Morskiego Oka, którzy swoje początki wspinaczkowe kojarzą z jurajskimi skałkami, gdzie często trenowali przed wyjazdami w góry wysokie. Do tego grona należeli prócz Duski i Zbyszka: Michał Gabryel, Aniela i Marek Łukaszewscy, Bożena i Michał Momatiuk, Krzysztof Pankiewicz i Krzysztof Wielicki.

       W lutym 2002 roku na jednym z takich spotkń zrodził sie pomysł zainicjowany przez Danutę Wach i Krzyśka Pankiewicza: założenia Jurajskiego Klubu Wysokogórskiego. Do grona założycieli dołączyli: ekstremalny wspinacz skałkowy Mirek Wódka oraz kilku młodych wspinaczy zachwyconych Jurą i skałkami.

         Z założenia JKW miał być małym kameralnym klubem – bo przecież w małych jurajskich Rzędkowicach wielu członków by nie miał w odróżnieniu od istniejących już klubów wysokogórskich skupionych wokół dużych miast. Jest chyba jedynym klubem wysokogórskim zrzeszającym członków z całej Polski od Bałtyku po Tatry, którzy zawsze są mile widziani w siedzibie klubu. Tu znajdą pomoc, radę i przyjazną atmosferę.

W krótkim czasie z „małego kameralnego” klub zrzeszał już ponad stu członków. Nic dziwnego bo malownicze położenie siedziby klubu wśród jurajskich ostańców oraz perspektywa długich opowieści Zbyszka o Diretissimie Petit Dru zimą, o zimowej drodze Commiciego na zachodniej ścianie Civetty, o zimowym Eigerze Duśki i wielu innych niezapomnianych przeżyciach działają jak magnes…

********

 

      ... Z przewieszek kapały krople wody, wykreślając pion ściany. Godzinę temu byliśmy nad stawem, zgrzani wysiłkiem podchodzenia zaciągnęliśmy się chłodnym powiewem idącym od wody. Plecaki ciążyły, lepiły się do ciała. Nagrzany sierpniowym słońcem granit, duszny zapach kosówek i ziół - wspaniały, pozostający długo w pamięci, urok letniego, górskiego dnia. Lawirując między blokami skalnymi podeszliśmy do ściany. Zadzierając głowę wyciągnąłem linę, nylon kolorowym splotem spłynął na śnieg, ciężar karabinków i... ten niepokój.

         Skała - stopnie, chwyty pochłaniające całkowicie uwagę. Niepokój znika, roztapia się w wysiłku mięśni. Granit przesuwa się przed oczyma, ucieka w dół. Wychodzę na półkę gładką i równą, jakby utworzoną jednym cięciem. Na jej skraju czerni się wielki blok skalny. Aby móc iść dalej muszę się go przytrzymać. W chwili gdy palcami sięgam do szczeliny między głazem a ścianą, słyszę zgrzyt i blok wali się na mnie, spycha z półki. Strach chwyta za gardło, paraliżuje wolę, ale ciało kierujące się instynktem ucieka - odepchnięcie i ogromny skalny blok stacza się w przepaść, aby jednym trzydziestometrowym skokiem wbić się w śnieg u stóp ściany. Głęboki oddech uspokaja rozpędzone serce. Robię krok w lewo - krawędź odpycha, przewijam się za nią. Półeczka, którą widzę, jest wąska i bliska. Dostrzegam dwa haki - a więc stanowisko. Duśka, która szybko dochodzi do mnie, jest wciąż nieco wystraszona i pod wrażeniem trudności, jakie nas czekają. Wszystkiemu winne są opowiadania, mity - z przewieszki zwieszającej się nad nami spadały nie byle jakie gwiazdy.

Drugi wyciąg liny jest zapowiedzią tego, co nas czeka: ściana odpycha, trzeba przenieść wysiłek wspinaczki na ręce, skąpe chwyty - niektóre ruchome, brak stopni. Trzeba delikatnie posuwać się do góry. Po dziesięciu metrach takiej zabawy zaczynam intensywnie szukać miejsca, gdzie można by coś wbić. Dostrzegam je wyżej, podchodzę metr może półtora i stojąc jedną nogą na maleńkim, wypukłym stopieńku powoli z pietyzmem wklepuję w szczelinę cienką blaszkę "cassina". Lina wskakuje w karabinek i od razu jest lepiej. Rozglądam się swobodniej, badając możliwości dalszej wspinaczki. Wysoko w górze znów haki, jakieś trawki - dziwna rzecz na tej litej ścianie, stopnie w przewieszonym zacięciu. Kilka denerwujących chwil i osiągam stanowisko. Z opisu wiem, że jesteśmy przed najtrudniejszym miejscem drogi. Jakby tego było mało, jest bardzo niewygodnie, ściana - w tym miejscu przewieszona - nie pozwala na odpoczynek. Stoję na maleńkich stopieńkach, pas asekuracyjny wrzyna się w ciało odchylone do tyłu. Wpinam pętlę autoasekuracyjną w karabinek i wołam do Duśki - możesz iść! Zawieszony wprost nad nią, mogę obserwować jak idzie wspaniale - spokojnie i szybko. Dochodzi do haka, aby go wybić pomaga sobie liną. Stuka delikatnie młotkiem w ucho "cassinka". Wreszcie go ma - jest nieco zmęczona.

- Poczekaj sekundę, zaraz pójdę! - krzyczy do mnie.

- Szybciej, szybciej! - niecierpliwię się, ale teren jest coraz trudniejszy. W chwilę później wyłazi gdzieś z boku, wpinam jej linę w   karabinki.

- No, możesz odpocząć - pocieszam.

Sam przepinam kolorowy nylon i jestem gotów iść dalej. Maleńka listewka na wysokości piersi świadczy, że tam zaczyna się trawers w lewo. Staję na niej, a potem robię duży krok w

lewo, stosunkowo łatwo, lina z lekkim oporem przesuwa się przez karabinki. Niepokoi mnie to, tarcie może przytrzymać mnie na przewieszce. Trawers kończy się nagle. Ściana w tym miejscu wali się w dół litym potokiem skały, w dole bieleje plama śniegu. W słońcu na olbrzymich skalnych blokach leżą sobie Kaskaderzy. To towarzystwo zawdzięczam Duśce - pierwsza dziewczyna na Aligatorze. Coś tam krzyczą do niej, dają dobre rady. Spoglądam w górę: ściana przewieszona lekko, prawie bez chwytów i stopni. Tylko stare haki wskazują drogę. Podchodzę pół metra i czuję, że jest ciężko. Ręce nie utrzymują się na niepewnych chwytach, nogi nie znajdują stopni - schodzę, trzeba zaatakować rozważniej. Co to będzie na Grzybku? - myślę sobie. Grzybek to przewieszka - kluczowe miejsce drogi. Chwilę medytuję, a potem ostrożnie i delikatnie stawiając nogi w szerokim rozkroku, zdobywam cenne metry. Hak, uff! trudne to było, wyłażę dalej - drugi hak. Nieprzyjemnie, w tym miejscu ściana odpycha, ale jest fajnie - skała walczy, ja też. Ta walka jest fair, przeciwnicy nie uznają podstępu. Wygrywam! Łatwa platforemka pozwala odetchnąć, szukam wzrokiem słynnej przewieszki. Z lewej widzę łatwy teren - półka, popękane bloki. Przesuwam się przez krawędź i staję na półce. Na dole wrzask. Wyławiam z niego - ... zrobił przewieszkę... A to historia! To już po wszystkim? Udało mi się wleźć na słynnego Grzybka zupełnie przypadkowo, nie wiedząc o tym. Szybko wbijam dwa słabe haki, dla pewności zakładam pętlę przez wystający blok, wybieram luz liny.

- Duśka chodź!

Magiczne słowa: chodź, idę brzmią jak hasło w surowej scenerii Mięguszowieckiego Kotła. Medytacje przerywa Duśka gramoląc się zza krawędzi. Wystraszone oczy, włosy w nieładzie wychodzą spod kasku - gapi się na mnie z niedowierzaniem.

- Nie taki Grzybek straszny jak go malują - żartuje.

Potem już tylko dwa wyciągi nadzwyczaj trudnego terenu i stajemy na siodełku filara. Rozwiązujemy węzły liny, zrzucamy z siebie pętle z hakami, młotki. Dalej już zupełnie łatwo aż na wierzchołek. Tam wyciągamy nasze zapasy, owoce, czekoladki - słodkie jak nasze zwycięstwo. Bo każda wspinaczka jest zwycięstwem, niezależnie od tego, czy jest to łatwa droga na Mnicha, czy Ściek na Kazalnicy.

Zbigniew Wach "Biwak nad Białą Wodą",  EXPLO Gliwice 1993

 

 

Jurajski Klub Wysokogórski klub@jurajski-kw.pl